Z Jarosławem Kaczyńskim spór o to co ważne
Poniżej prezentujemy artykuł Janusza Dobrosza i Dariusza Grabowskiego, będący odpowiedzią na wywiad z Jarosławem Kaczyńskim, jaki ukazał się w dzienniku "Rzeczpospolita" 21 listopada 2008 r. Poniższa publikacja opisuje też aktualną sytuację polityczną w naszym kraju i tłumaczy genezę powstania Ruchu Społecznego "Naprzód Polsko".Do dnia dzisiejszego artykuł ten nie został nigdzie wydrukowany.
Jarosław Kaczyński udzielił obszernego wywiadu Rzeczypospolitej, który ukazał się 21 listopada. Można by powiedzieć – wywiad jak wywiad, nie pierwszy, nie ostatni. A jednak naszym zdaniem, ze względu na osobę, która wywiadu udzieliła, ze względu na szczególny czas, w którym rzecz miała miejsce, a przede wszystkim ze względu na tezy i wnioski w wywiadzie zawarte, należy podjąć z autorem dyskusję. Polemika jest niezbędna tym bardziej, że naszym zdaniem pomija on sprawy pierwszorzędnej wagi, koncentrując się na drugo, by nie powiedzieć trzeciorzędnych, wyciąga wnioski, naszym zdaniem wątpliwe, a co szczególnie ważne szkicuje strategię działania, która jeśli okaże się błędna oznaczać będzie konieczność poniesienia wysokich kosztów, a być może strat dla Polski i dla Polaków. Polemika z Jarosławem Kaczyńskim jest tym bardziej niezbędna, że w bez mała 20 lat od czasu odzyskania niepodległości, dla której to odzyskania Jarosław Kaczyński ma ogromne zasługi, rodzą się pytania i wątpliwości – o co walczyliśmy i o co teraz walczymy? Jeśli uznajemy, że od czasu odzyskania niepodległości toczy się bój o treść i kształt wolności Polski i w Polsce, jeśli konkretyzacją odpowiedzi na ten dylemat ma być: strategia gospodarcza, aksjomaty polityki zagranicznej, program wychowania, oświaty, nauki i inne to ze smutkiem musimy uznać, że z naszych marzeń niewiele udało się zrealizować. Tym bardziej zasadne jest pytanie jak mogło do tego dojść, że Jarosław Kaczyński, stojąc na czele Prawa i Sprawiedliwości oddał władzę, bez mała absolutną – miał przecież jak nikt przedtem i prawdopodobnie nikt w przyszłości w swoim obozie bądź ze swego nadania: prezydenta, premiera, marszałków Sejmu i Senatu, prezesa TVP, NBP, NIK, szefów służb specjalnych i koalicjantów którym, niczym w wojsku można było wydawać rozkazy „padnij” i „powstań”, a na koniec dodajmy do tego cherlawą opozycję. I w takiej oto sytuacji, mając poczucie odpowiedzialności za konieczność dokonania radykalnych zmian w świadomości Polaków, w sytuacji gospodarczej i politycznej Polski, w każdym wymiarze życia społecznego Jarosław Kaczyński podjął decyzję o przedterminowych wyborach – nie sposób tego zrozumieć. Jeśli Jarosław Kaczyński zakładał, że w wyborach 2007 roku zwycięży i wyeliminuje z życia politycznego LPR i Samoobronę – to mówiąc jasno, dążył do władzy absolutnej, w której na jednej szali leżał los Polski, uwikłanej w trudną sytuację międzynarodową i wewnętrzną, a na drugiej – poczucie prywatnego komfortu bycia władcą. Taką postawą prezes PiS wykazał brak wyczucia świadomości polskiego społeczeństwa, które po swych wielowiekowych, traumatycznych przeżyciach tylko w wyjątkowych sytuacjach gotowe jest oddać władzę absolutną w ręce dyktatora. Ale nigdy tego nie zrobi, widząc jednostkę, kierowaną dyktatorskimi aspiracjami.
Pierwszym błędem Jarosława Kaczyńskiego był, co najmniej niezrozumiały, sposób dobierania sobie współpracowników. Żeby politycznie marzyć, tak jak to robi prezes PiS, trzeba mieć za sobą armię, ale nie szeregowców i zupaków, a lojalnych oficerów i generałów znających się na polityce gospodarczej, społecznej, zagranicznej itd. Jeśli przypomnimy sobienajważniejsze nazwiska i postacie, na których budował swą władzę Jarosław Kaczyński to… wnioski nasuwają się same: Kazimierz Marcinkiewicz – dziś zwolennik Donalda Tuska, Janusz Kaczmarek – obecnie czołowy oponent PiS-u i Zbigniewa Ziobry, Zyta Gilowska – członkini PO, realizatorka polityki gospodarczej na modłę liberalną. A przecież, szef PiS wiedział, albo powinien wiedzieć, że jego sukces mógł być realny pod warunkiem, pozyskania ludzi i środowisk spoza własnej partii, wywodzących się z ruchu niepodległościowego, ludowego, narodowego, samorządowego. Dodatkowym błędem było konfliktowanie i obrażanie inteligencji (nazywanej wykształciuchami) czy młodzieży. Jarosław Kaczyński protestuje, gdy mówi się, że różnice programowe między PO a PiS są tak małe, że niedostrzegalne. Twierdzi, że program PiS jest „integracyjny” zaś program PO nazywa „dezintegracyjnym”. Konia z rzędem temu kto z tych słownych piruetów wyczyta istotę sprawy i sens. Naszym zdaniem w kwestiach gospodarczych i społecznych róznice między oboma partiami są znikome. Wystarczy popatrzeć kto za rządów PiS był ministrem w kluczowych resortach: Zyta Gilowska (PO), Grażyna Gęsicka (PO), Zbigniew Religa (PO). Podobnie rzecz się ma z polityką zagraniczną, gdzie we wszystkich podstawowych sprawach: akceptacji Traktatu Lizbońskiego, zgodzie na przystąpienie do strefy euro – stanowiska PiS i PO były i są zbieżne. Jak wierzyć Jarosławowi Kaczyńskiemu, gdy mówi, że jest przeciwny wprowadzeniu euro w 2012 roku, skoro prezes NBP Sławomir Skrzypek nominowany na ten urząd przez jego brata – jest „za”. Kolejny przykład to wspólne stanowisko wobec instalacji tarczy antyrakietowej w Polsce czy zgoda na przemilczenie 65. rocznicy zbrodni wołyńskiej dla podtrzymania poprawnych stosunków z Ukrainą. Sumując – zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej różnic między PiS i PO nie ma, a iście bazarowy, by nie powiedzieć rynsztokowy spór przywódców i członków obu partii na inwektywy i pyskówki – to wyłącznie zabieg obliczony nie na debatę, ale polityczne igrzyska. Na takiej arenie, niestety nie ma miejsca na programowe spory, merytoryczne dyskusje, pytania ważne i poważne. Naszym zdaniem dowodzi to swoistej zmowy obu partii, która ma służyć konsumowaniu możliwie długo umowy co do podziału władzy i wpływów - „rządzicie WY albo MY, ale nikt inny”. Jarosław Kaczyński stawia odważne hipotezy – czy dla zmylenia opinii publicznej? Za prawdopodobne uważa wybory do Sejmu i Senatu w 2009 roku, czyli bez mała jednocześnie z wyborami do Parlamentu Europejskiego. Twierdzi, że Platforma może chcieć „przetrwać ciężkie czasy mocno osadzona”. Druga ewentualność, jego zdaniem, polega na wykorzystaniu „prokuratury i służb do zdyskredytowania opozycji, aż do prób całkowitego jej zniszczenia”. (przez opozycję rozumie PiS) Jeśli zakłada tak szybki i brutalny rozwój wypadków rodzi się pytanie: czy i jak jest przygotowany do bitwy wyborczej bądź wymiany ciosów „na haki”. Przecież trudno uwierzyć, by samotnie skupiony w Klarysewie mógł wymyślić dokładną strategię marszu po zwycięstwo. Po raz kolejny powraca wątpliwość - czym jest PiS w sensie intelektualnym, jeśli nikt spośród członków partii nie może być dla wodza partnerem przy współtworzeniu koncepcji na przyszłość. Wygląda na to, że wszystko musi się rodzić w jednej głowie – głowie Jarosława Kaczyńskiego.
Założenie tak gwałtownego przyspieszenia kalendarza politycznego – wybory do Sejmu i Senatu w 2009 roku - jednoznacznie przemawiają za koniecznością radykalnej zmiany, otwarcia PiS na nowe środowiska i grupy społeczne, szukania porozumienia z tymi politykami, którzy mają zaplecze w elektoracie, wyrazistość w mediach, zdolności
przywódcze. Tak się jednak nie dzieje. Jarosław Kaczyński, jak jego dawny protegowany zdaje się mówić „yes, yes, yes, PiS is the best”. Zapytajmy jak kiedyś poeta „Dlaczego ogórek nie śpiewa?”. Odpowiedź w wierszu brzmiała „… nie śpiewa o żadnej porze, widać z woli nieba prawdopodobnie nie może.” Czy nie jest tak, że J. Kaczyński i jego brat prezydent L. Kaczyński otoczeni przez dwory pochlebców, uwikłani w personalne intrygi wewnątrz partii, uzależnieni od własnego otoczenia, stali się w znacznym stopniu tego otoczenia zakładnikami, a realna władza wymknęła im się z rąk? Czy nie jest tak, że część ważnych figur w PiS świadoma niskich notowań w sondażach i pełna obaw co do szans na reelekcję L. Kaczyńskiego, nie chcąc być oskarżana o współodpowiedzialność za ewentualną porażkę i przewidując tendencje odśrodkowe w partii po 2010 roku, uznała, że pora najwyższa przeczekać, czyli ewakuować się na „z góry upatrzone pozycje”, np. do Parlamentu Europejskiego? Nie jest przecież tajemnicą, że w PiS rozpoczął się bój o miejsca na listach kandydatów. Więc nawet jeśli J. Kaczyński chce „nowego otwarcia” dla PiS to natrafia na sprzeciw własnego otoczenia i musi mu ustąpić. Wszystkie znaki na niebie i ziemi potwierdzają tę tezę. Wniosek? Jarosław Kaczyński nie ma zdyscyplinowanej armii do prowadzenia przyszłej rozgrywki o władzę, czy to w roku 2009 czy 2010. Jak w takiej sytuacji powinni postąpić politycy, którzy z troską, ale odpowiedzialnie chcą działać dla dobra Polski? Czy nie jest ich obowiązkiem wzięcie pod uwagę pesymistycznego rozwoju wydarzeń czyli porażki w wyborach samorządowych PiS (dodajmy w wyborach bardzo upolitycznionych ze względu na zbieżność kalendarza wyborczego z wyborami prezydenckimi) i porażki w wyborach prezydenckich? Stąd już krok do przejęcia pełni władzy przez PO, przy jednoczesnym, możliwym rozpadzie PiS bądź takim spadku poparcia dla tego ugrupowania, że powstanie miejsce na scenie politycznej na „wykreowanie na zamówienie” nowej partii: powabnej, być może o zbliżonej frazeologii. Elektorat zostanie wprowadzony kolejny raz w błąd , a po wygraniu w 2011 roku wyborów do Sejmu i Senatu PO nagle utworzy koalicję z „nowym bytem”. Ten scenariusz dziś brzmi egzotycznie, ale jeśli okazałby się rzeczywistością, co naszym zdaniem jest wysoce prawdopodobne, będzie dla Polski i Polaków fatalny. Pytamy zatem ponownie jak powinni wobec powyższego postąpić odpowiedzialni politycy? Naszym zdaniem nie mają wyboru – czas utworzyć ugrupowanie, które wyrazistością, zdecydowaniem, czytelną tożsamością przekona do siebie wyborców zarówno argumentami z zakresu polityki zagranicznej: stosunkiem do Traktatu Lizbońskiego, do tarczy antyrakietowej, wyborem momentu przystąpieniem do strefy euro, stosunkiem do sąsiadów, czy argumentami na rzecz wewnętrznego rozwoju kraju. Chodzi tu o obronę polskiego interesu gospodarczego, najuboższych grup społecznych, naprawę państwa, przywrócenie Polakom nadziei, że polityka jako sztuka rządzenia może służyć dobru wspólnemu.
Jest także powód szczególny, dla którego uważamy, że powołanie nowej partii jest potrzebne. Wybory samorządowe w roku 2010 z powodu zbieżności w czasie z prezydenckimi będą bardzo upolitycznione. Wyborca zamierzający głosować na danego kandydata na prezydenta, bombardowany w kampanii reklamowej przez media jego wizerunkiem, by być konsekwentnym odda głos na reprezentanta partii, z której pochodzi „jego” kandydat na prezydenta. To dla wielu bezpartyjnych, autentycznych samorządowców oznacza, że tworzenie apolitycznych komitetów lokalnych straci sens. Po co wydawać pieniądze na kampanię, marnować czas i energię gdy szanse na wygraną są znikome bo po
drugiej stronie stoi ogromny aparat organizacyjny i finansowy kandydatów i partii walczących w wyborach prezydenckich? Upolitycznienie samorządów w Polsce to nieszczęście, ale zwycięstwo i dominacja jednej opcji i partii w samorządach to bez wątpienia tragedia. Tym bardziej potrzebne są nowe byty polityczne, które zniosą nieformalną umowę o podziale władzy między PO i PiS. Powinna powstać oferta alternatywna dla działaczy samorządowych, trzeba umożliwić tworzenie komitetów apolitycznych. Musimy pomóc uwolnić wielką energię, która tkwi w ludziach, którzy chcą być aktywni na poziomie lokalnym, ale nie mają ochoty wstępowania do żadnej z partii. Tak oto jasno i prosto wyłożyliśmy nasze racje. Na racjach się jednak nie kończy. W gronie polityków, działaczy samorządowych, przedsiębiorców, naukowców, ludzi dobrej woli podjęliśmy decyzję o utworzeniu Ruchu Społecznego „Naprzód Polsko”.
