Niedziela Wrz 05

Jaka Polska w Unii Europejskiej?

Ostatnio Ryszard Bugaj na łamach „Rzeczypospolitej” zadał pytanie fundamentalne z punktu widzenia przyszłości Polski, a mianowicie: mieć czy nie mieć własną doktrynę gospodarczą w Unii Europejskiej na najbliższe kilkanaście przynajmniej lat, a jeśli mieć to jaką? Jako poseł polski do Parlamentu Europejskiego od dawna z niepokojem i troską śledzę jak myślenie samodzielne o polskiej strategii gospodarczej jest wypierane przez slogany, zakłamania i frazesy.

Niczym w ekonomii, w polityce i w mediach działa prawo „że pieniądz gorszy wypiera lepszy”, tak i u nas pustosłowie wypiera mądrość i dążenie do prawdy. Debatę o polskiej doktrynie ekonomicznej i politycznej w Unii Europejskiej uważam, że należy poprzedzić rzetelną, naukową analizą i oceną lat członkostwa, które za nami. Tym bardziej, że w mediach, a co gorsza opracowaniach naukowych, dominuje zgodny chór eurooptymistów i bezkrytycznych pochlebców. Gdybym miał zwrócić uwagę na ważne, a przemilczane, negatywne konsekwencje członkostwa Polski w Unii Europejskiej to wymieniłbym co następuje: - aprecjację złotówki, skrzętnie podsycaną i wykorzystaną przez kapitał spekulacyjny ze szkodą dla polskich przedsiębiorstw eksportujących, a pośrednio całej gospodarki, konsumentów i budżetu państwa, - wzrost cen dóbr i usług wyższego rzędu, a także surowców, materiałów służących do ich wytworzenia jako efekt dostosowania rynku, - postępującą biurokratyzację państwa, - ograniczenia i limity w produkcji przemysłowej i rolnej, - unijny system dopłat do rolnictwa w Polsce oznaczający spowolnienie przemian, zakonserwowanie przestarzałej struktury o wysokim zatrudnieniu w rolnictwie, przy jednoczesnym wzroście cen ziemi i utrudnieniu procesu powiększania gospodarstw, rosnących kosztach produkcji, co w sumie dla konsumentów oznaczać będzie wzrost cen żywności. Za najważniejsze jednak i najgroźniejsze zjawisko uważam upowszechniający się w świadomości rządzących i rządzonych Polaków czyli władzy i społeczeństwa pogląd, że „Unia nam daje”, zatem to nie my mamy myśleć i decydować o własnym losie, a za nas myśleć i decydować powinien ktoś w Brukseli. Co więcej, a priori przyjmuje się, że będzie to robił w naszym interesie. Jest to dla mnie przejaw umysłowej kastracji, „samozniewolenia umysłu” po odzyskaniu wolności. Ryszard Bugaj mówi, że otrzymamy z Unii 67 miliardów euro wpłacając 18 miliardów w ciągu 7 lat. Dane te już na wstępie należy moim zdaniem skorygować o ujemny wpływ aprecjacji na rozmiary eksportu, który w przybliżeniu oceniam jako ubytek ponad 100 miliardów złotych rocznie, a także o efekt spadku siły nabywczej złotówki i wywołany tym wzrost cen materiałów budowlanych, ziemi i nieruchomości. Szczególnie boleśnie odczuwają to inwestorzy, samorządy, beneficjenci funduszy unijnych oraz budżet państwa. Pierwsza odpowiedź na pytanie co robić jest jasna i krótka – zacząć myśleć, krytycznie analizować, wyciągać wnioski, sformułować własną, długookresową doktrynę. Kwestią następną od której trzeba zacząć jest próba odpowiedzi na pytanie jak będą się zmieniały uwarunkowania zewnętrzne Polski, jakie procesy będą dominowały w Unii Europejskiej.

Trzy są, moim zdaniem, najważniejsze wyznaczniki polityki gospodarczej Unii na przyszłość: - Troska o silną walutę euro, jako próba uczynienia z niej waluty światowej, wraz z wynikającymi z tego w dłuższej perspektywie korzyściami dla najzamożniejszych państw, a także dodatkowym efektem „ujednolicenia” mechanizmów gospodarczych wewnątrz Unii. - Dążenie metodami administracyjnymi (dyrektywy, rozporządzenia itd.) oraz ekonomicznymi (dostęp do środków i funduszy) do „uwspólnotowienia” polityki gospodarczej, czyli narzucenie mechanizmów i instrumentów tej polityki państwom narodowym. - Reforma finansowania rolnictwa, która najprawdopodobniej pójdzie w kierunku zcedowania na poszczególne rządy decyzji o rodzaju i rozmiarach protekcjonizmu rolnego. Efektem wymienionych wyżej działań będzie spadek tempa wzrostu gospodarczego w krajach Unii Europejskiej, zwiększenie kosztów rozwoju jako następstwo polityki drogiego pieniądza, upodobnienie, „uśrednienie” tempa wzrostu poszczególnych gospodarek. Ponieważ długookresowe tempo wzrostu UE nie przekracza 3%, to bez ogródek powiedzmy, że taka też perspektywa rysuje się dla Polski. Od razu dodam, że takie tempo uniemożliwi Polsce likwidację luki rozwojowej, a co najważniejsze doprowadzi do skumulowania problemów społecznych i gospodarczych. W wymiarze ekonomicznym nadchodzące lata charakteryzować będzie przede wszystkim pogarszająca się konkurencyjność polskich przedsiębiorstw jako następstwo unijnej polityki proekologicznej i związanych z tym koniecznych inwestycji w urządzenia ograniczające emisję spalin i zanieczyszczeń oraz wzrostem kosztów robocizny w Polsce. Drugim negatywnym zjawiskiem może okazać się unijna strategia energetyczna uniemożliwiająca Polsce rozwój energetyki w oparciu o własne, ogromne złoża węgla brunatnego a w konsekwencji prowadząca do utraty niezależności i suwerenności energetycznej, a także co najważniejsze dla przedsiębiorców i konsumentów – znacznego wzrostu cen energii. Zastanówmy się także nad uwarunkowaniami wewnętrznymi Polski. Za najważniejsze na najbliższe kilkanaście lat uważam czynniki o charakterze społecznym. Wchodzimy w okres szybko rosnącego w strukturze społecznej udziału ludzi w wieku poprodukcyjnym, domagających się godziwych emerytur. Problem komplikuje się tym bardziej, że młodzież, która winna swą pracą i płaconymi składkami zabezpieczyć te godziwe emerytury… wyjeżdża za granicę, składek nie płaci, a zatem źródło zasilania systemu emerytalnego w środki nie rośnie w tempie koniecznym z punktu widzenia jego wypłacalności. Już dziś padają ostrzeżenia i szokujące liczby o skali niedoborów finansowych w systemie emerytalnym za kilka lat.

Za szczególnie ważne uznaję przybierające na sile roszczenia płacowe grup pracowniczych sfery budżetowej. Służba zdrowia, nauczyciele, celnicy, niedługo pracownicy kolei, służby mundurowe wystąpią o podwyżki płac, gdyż dziś zarabiają grosze, a perspektyw awansu nie mają żadnych. Ich żądania płacowe są w pełni uzasadnione, można się tylko dziwić, że tak długo godzili się na pobieranie płacowej jałmużny. Dla budżetu państwa

oznacza to jednak konieczność wygospodarowania dodatkowych środków, co przy dominującej pseudoliberalnej ideologii „taniego państwa” brzmi co najmniej zabawnie. Nie ulega wątpliwości, że dla Polski tempo wzrostu gospodarczego poniżej 5% rocznie oznaczać będzie praktycznie przekreślenie możliwości dogonienia w poziomie gospodarczym krajów Europy Zachodniej w akceptowalnym terminie…kilkudziesięciu lat. Mówiąc krótko takie tempo wzrostu na zawsze przesądzi o naszym zacofaniu gospodarczym. Nie chcę być złym prorokiem, ale powyższy scenariusz w wymiarze politycznym będzie prowadził do anarchizacji życia publicznego w Polsce, niestabilności sceny politycznej, pojawiania się i znikania partii i przywódców o coraz bardziej radykalnych programach, a z drugiej strony radykalizacji nastrojów społecznych, konfliktach, podziale „my – oni”. Terapie na tak skomplikowane uwarunkowania według Ryszarda Bugaja mogą być dwie. Od razu dodam swój komentarz: „czy rzeczywiście”? Pierwsza przewiduje „rozpuszczenie się” w Unii, wyrzeczenie własnej inwencji i inicjatywy w budowaniu strategii gospodarczej i społecznej. Za główne wyznaczniki tej koncepcji Ryszard Bugaj uznaje „pełną prywatyzację, redukcję podatków, silne ograniczenie opiekuńczego państwa”. Jest to punkt widzenia tak zwanych polskich liberałów. Uważam, że ze względu na położenie i doświadczenie historyczne proponowanie Polsce powyższej koncepcji jest całkowicie błędne, co gorsza nie uwzględnia ani realiów polityczno-gospodarczych świata, ani aspiracji narodowych i państwowych Polaków. Polska by przetrwać musi być ważnym bytem politycznym, by zaś odgrywać znaczącą rolę w polityce, by się z nią liczono musi być silna gospodarczo. Bez silnej i dynamicznej gospodarki Polska będzie coraz mniej znaczyć w Unii i w świecie. Do uprawiania polityki dziś konieczne są narzędzia, najskuteczniejsze to: gospodarka, technologia, potencjał militarny. Polska nie dysponuje ani potencjałem militarnym, ani technologią (większość instytutów i ośrodków naukowych została zlikwidowana na skutek prywatyzacji w ręce kapitału zagranicznego), jedynym naszym orężem powinna być sprawna gospodarka. Moim zdaniem warto byłoby się zastanowić, dlaczego przez bez mała dwadzieścia lat wolnej Polski elity intelektualne, naukowe, gospodarcze nie uzgodniły choćby podstawowych tez polskiej doktryny ekonomicznej, a potrafią przede wszystkim powtarzać jak mantrę komunały o: niewidzialnej ręce rynku, niskich podatkach, wyższości własności prywatnej itp. Jak bumerang wraca pytanie do polityków i działaczy gospodarczych – „co robić?”. Posłużę się parafrazą cytatu z byłego prezydenta USA „po pierwsze gospodarka durniu, po pierwsze polska przedsiębiorczość”. Zadaniem dla prawdziwych, polskich przywódców politycznych z krwi i kości jest – językiem prostym i stanowczym zwrócić się do naukowców, działaczy gospodarczych i społecznych, przedsiębiorców i wszystkich ludzi dobrej woli z apelem o do wspólną debatę nad przyszłością Polski. Wytworzyć atmosferę poczucia sensu działania na rzecz dobra wspólnego i umożliwić wyzwolenie społecznej energii. Dziś spory, podziały i kłótnie doprowadziły do zatomizowania struktur społecznych, walki każdego z każdym i prywaty, polegającej na wyrywaniu skrawka sukna. Uważam, że dwa są warunki podstawowe, bez spełnienia których Polska utraci możliwość prowadzenia samodzielnej polityki gospodarczej, a mianowicie: obrona suwerenności energetycznej, obrona własnej waluty.

Scenariusz, który rysuje się w energetyce jest dla Polski bardzo niekorzystny. Od północy i południa budowane są rurociągi gazowe z Rosji do Niemiec, omijające Polskę. Restrykcyjne limity emisji spalin narzucone Polsce przez unijną doktrynę ekologiczną mogą spowodować, że Polska energetyka oparta o węgiel zostanie ograniczona i staniemy się państwem zależnym całkowicie od importowanej energii. Przyjęcie euro, tak ostatnio lansowane w mediach oznaczać będzie utratę ostatniego realnego narzędzia własnej polityki gospodarczej. Moim zdaniem naczelną zasadą powinno być wspieranie oszczędności i inwestycji, pomysłowości i pracy, zaś opodatkowywanie tylko konsumpcji, szczególnie luksusowej, zorientowanej na towary z importu. Należy przyjąć (a powtarzam to od początku lat 90-tych), że dynamika rozwoju Polski, wyjście z zacofania zależy od długookresowej, realizowanej przez państwo polityki: Zapewnienia opłacalności eksportu. Zwiększania dochodów obywateli, w tym wspierania taniego budownictwa mieszkaniowego. Preferencji i zachęt, mających na celu powstawanie dużych, polskich grup kapitałowych oraz szybkiego wzrostu udziału polskich podmiotów gospodarczych w tworzeniu PKB. Finansowania inwestycji infrastrukturalnych przez budżet. Preferencji, zachęt, ulg dla finansowania oświaty oraz nakładów na naukę. Radykalnej reformy administracyjnej, likwidującej szczebel pośredni – powiaty oraz zbędne urzędy i procedury. Dziś możemy sobie jasno powiedzieć, że żaden z punktów nie jest realizowany, co gorsza instytucje państwa i rząd prowadzą politykę antyeksportową, antybudowlaną i niestety antyedukacyjną. Za niezbędne uważam jasne i jednoznaczne wskazanie instrumentów polityki proeksportowej, a są to instrumenty finansowo-podatkowe jak kurs walutowy, stopa procentowa, dostęp do kredytu, zwolnienia podatkowe, ulgi inwestycyjne, przyspieszona amortyzacja oraz decyzje administracyjne określające proste zasady dopuszczenia na polski rynek taniej siły roboczej z krajów Europy Wschodniej i Azji. Potrzebne jest sporządzenie listy inwestycji infrastrukturalnych, mających za zadanie ułatwić eksport takich jak: przejścia graniczne, połączenia drogowe i kolejowe, a na instytucji informującej i promującej polskich eksporterów skończywszy.

Jakościowo nowym, a szczególnie ważnym czynnikiem zwiększania dochodów powinien stać się wzrost siły nabywczej pieniądza, realne potanienie konsumpcji skutkiem obniżki kosztów wytwarzania i cen towarów i usług konsumpcyjnych. Dobrym przykładem może tu być stawka podatku VAT obowiązująca w Polsce, a wynosząca 22% i będąca najwyższą w Unii Europejskiej. To powoduje podrożenie konsumpcji, ograniczenie popytu, produkcji i zatrudnienia. Twierdzę, że zasadniczą sprawą dla dynamiki zwiększania dochodów obywateli jest strategia systematycznego obniżania podatku VAT z 22% do stawki 15% oraz wprowadzenie wszędzie tam gdzie to możliwe (niestety zgodne z regułami Unii) preferencyjnego niskiego podatku VAT bądź też stawki zerowej. Podobnie rzecz powinna się

mieć z akcyzą. Niestety z ubolewaniem stwierdzam, że dyrektywy Unii Europejskiej w sprawie akcyzy na paliwa idą dokładnie w przeciwnym kierunku. Poziom infrastruktury jest miarą zacofania Polski. Dziś wiele się mówi o tym co zrobimy do 2012 roku. Należy zadać pytanie „za co?”. Obecna polityka ograniczania dochodów przedsiębiorców i obywateli oraz spowalniania tempa wzrostu spowoduje w krótkim czasie napięcia w budżecie państwa i samorządów. Finansowanie inwestycji infrastrukturalnych w Polsce powinno być dokonywane przede wszystkim z budżetu i pieniędzy unijnych, ale by były to inwestycje rentowne potrzebna jest wizja urbanistyczna Polski XXI wieku. Taka, z której by wynikało gdzie powstaną centra gospodarcze i dokona się przemieszczenie ludności, a jednocześnie taka, która wskaże jakimi inwestycjami infrastrukturalnymi koszty tych przemieszczeń zminimalizować. Bez programu urbanistycznego nie będzie też mądrej polityki ekologicznej i ochrony zasobów przyrody. Patrząc dziś na sposób rozdysponowywania pieniędzy unijnych można mieć coraz większe obawy. Nie obowiązuje tu zasada dobra wspólnego, przeciwnie rozstrzygają partykularyzmy oraz myślenie „kadencyjne” polityków i samorządowców, których interesują przede wszystkim działania przynoszące efekty doraźne, by móc pochwalić się wyborcom „sukcesem”, przed wyborami.

Dariusz Grabowski